sobota, 11 stycznia 2014

Przestańcie mi mówić o maturze!

Bo jeszcze skończy się tak, że naprawdę zacznę się uczyć. 
Na sam dźwięk słowa "matura" czy "studniówka" lub "studia" i wszystkiego innego, co z maturą może się kojarzyć mój żołądek zaczyna sobie radośnie podskakiwać. On może się i cieszy, ja już mniej.

Nigdy nie przejmowałam się sprawdzianami czy egzaminami. Może byłam do nich przyzwyczajona. Zawsze to ja byłam tą wesołą, uśmiechniętą, pewną wyniku. Nawet na własną maturę wpadłam w dziesięciocentymetrowych, zbyt dużych szpilkach. Podjeżdżając pod szkołę stopem, mimo że mam do niej z dwieście metrów. Musiałam, bo bym się przez te szpilki spóźniła.

Ale teraz, po raz pierwszy znajduję się po tej drugiej stronie. Zgubiłam już połowę włosów i czuję, że powoli wariuję. Nie wiem, czego się uczyć i jak się uczyć. Łapię się na bezmyślnym czytaniu szczególików lub wgapianiu w mój ulubiony paradokument w TV. Ewentualnie w modę na sukces. I nawet nie mam siły spojrzeć do książki.

Właśnie wpadłam na genialne porównanie. Ucząc się biologii czuję, jakbym brnęła w basenie pełnym kiślu. Stawia opór. A gdy chcę zacząć uczyć się chemii mam wrażenie, że zaraz wskoczę do beczki z zimną wodą. Jakoś niespecjalnie mam na to ochotę.

Na szczęście niewiele wystarczy mi do złapania odrobiny motywacji. Zwyczajna rozmowa z kimś, kto studiuje lub uczy się, z kimś, kto ma jakieś perspektywy. Czasem nawet przeczytanie czegoś u Kominka pomaga. Trochę gorzej jest z opanowaniem napływającego ataku paniki (ratujcie mnie, ja nie zdam tej matury!), ale i to jest do zrobienia. Tym bardziej, że po mnie nawet nie widać, że panikuję. No! Prawie. Wprawne oczy wypatrzą fioletowe z zimna paznokcie. Nienawidzę tego koloru.

Ech, najważniejsze to wierzyć w siebie. Mam cel w życiu i go osiągnę, choćby nie wiem co. A jeżeli nie ŚUM, to najwyżej nauczę się pływać i zostanę lekarzem w kamaszach, w Łodzi. Albo blogerką.

3 komentarze:

  1. To jak chcesz zostać lekarzem w kamaszach, to MON chyba już zaczął rekrutację ;)

    (Żeby nie było, nie ma tutaj żadnej ironii, sarkazmu, ani niczego, bo prostu moje położenie jest takie samo. No może poza drobnym szczególikiem, że na lekarza w kamaszach się nie nadaję)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę, aż muszę sprawdzić. Ale właśnie nie wydaje mi się, żebym miała przejść testy, nawet medyczne, a co dopiero sprawnościowe. Chociaż te drugie może prędzej, ale na pierwsze niestety nie mam wpływu.

      Usuń
  2. W Łodzi masz dwa woj-leki ten normalny, gdzie rekrutacja odbywa się jak na zwykły lekarski, i po którym możesz zostać albo zwykłym lekarzem, albo wojskowym (to się jakoś w połowie studiów chyba określa) i wojlek z rezerw MON, gdzie podpisujesz umowę z wojskiem, i za rok uczenia się na tym kierkunku musisz dwa alta odpracować w wojsku, ale za to masz zakwaterowanie w koszarach chyba 1000 zł kieszonkowego w trakcie studiów i po ich skończeniu stopień wojskowy (sic, nie pamiętam jaki). I na ten z MONu rekrutacja się jakoś w połowie marca chyba zaczyna i tam się przechodzi testy sprawnościowe, trzeba mieć opinie od różnych lekarzy spescjalistów, etc.

    OdpowiedzUsuń

Jedyną zasadą komentowania - motto bloga.
'Piszesz? Pomyśl.'
puszyslawa@gmail.com