środa, 19 lutego 2014

Ubezpieczenie na studiach, ubezpieczenie po rezygnacji ze studiów


Oraz w przypadku zaprzestania nauki, niepodjęcia studiów lub ich ukończenia. Czyli dla każdego, kto jest w pewien sposób niezdefiniowany. Pomyślałam, że koniec sesji to idealny moment na podzielenie się tymi informacjami z ogółem ludzkości. Zróbmy z tego bloga blog wspierający prawie-studentów!

Pewnie do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś będę musiała biegać po urzędach, żeby móc iść do lekarza. Bo to takie normalne, naturalne. A jednak. Jakoś nie przewidziano ogólnego ubezpieczenia dla nie-ucznia, nie-studenta, niepracującego i nie-bezrobotnego, a także dla jeszcze-nie-blogera. I nawet Internet nie powiedział mi, gdzie, po co i z czym miałabym się zgłosić.

Ubezpieczenie po rezygnacji

Koleżanki sugerowały, że należy ubezpieczyć się w ubezpieczalni. Nie tędy droga. To znaczy można, a może i warto, ale to nie wszystko. Trzeba mieć ubezpieczenie powszechne, czy jak to tam zwą. To na NFZ.

Czym to się różni? Z firmą ubezpieczającą zawierasz umowę, dzięki której być może wypłaci Ci odszkodowanie, gdy coś się stanie. Ubezpieczenie Funduszu gwarantuje Ci, że gdy już wystoisz sobie miejsce do lekarza, nie będziesz musiał płacić za wizytę. Oczywiście, jeżeli jest to przychodnia publiczna i zabieg refundowany przez NFZ. A do podwózki mercedesem na sygnale pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu zwanym szpitalem otrzymasz gratis. Czyli przydaje się.

Są dwie możliwości, w jakie można uzyskać to "obowiązkowe" ubezpieczenie NFZ. Możesz wybrać, czy chcesz zarejestrować się jako bezrobotny {w urzędzie, nomen omen, zwanym PUPem, czyli przy odpowiedniej odmianie będziesz w pupie} i "zacząć szukać pracy" lub opłacić ubezpieczenie w ZUSie. Nikt dokładnie nie wiedział, ile taki luksus kosztuje, ale podobno około 200 złotych.

Do rejestracji w PUP trzeba mieć ze sobą potwierdzenie skreślenia z listy studentów {a ja chciałam to wyrzucić} i świadectwo ukończenia szkoły oraz dowód osobisty i kserokopie wszystkiego {robią na miejscu, ale strasznie dużo czasu im to zajmuje}. Dostaje się tam taką kartę do wypełnienia. A traci dobrych kilka godzin z życia. Chociaż można pisać bloga, bo miewają fifirifi. WiFi.

Podobno po chwili skreślenia z listy studentów ubezpieczenie jeszcze przez jakiś czas jest aktywne. Podobno aż przez 3 miesiące.

Tyle wyniosłam z kilku rozmów z kilkoma urzędnikami.

Ubezpieczenie na studiach

To wyczytałam przy okazji szukania informacji nt. ubezpieczenia po rezygnacji ze studiów.

Trzeba mieć dokument poświadczający przyjęcie na studia. Może złożyć go rodzic w zakładzie pracy lub Ty sam, w ZUSie. Taki dokument ważny jest chyba przez pół roku. Nie wiem, czy nie przydaje się również przy okazji odliczania uczącego się dziecka do 25 roku życia od podatku.

Uczelnie oferują także niedrogie, niskie polisy ubezpieczeniowe, zawierane z jakimiś firmami, z którymi współpracują. Pewnie najczęściej jest to PZU.

I wiecie co? Siedzenie w kolejce w PUP może być potwornie motywujące. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby nigdy więcej się tam nie znaleźć. No i jak na złość u mnie WiFi miało założone hasło, więc bloga musiałam pisać w notatniku. Długopisem.

Dobrnąłeś do końca? Świetnie. Swoim nowo wprowadzonym zwyczajem zdradzam, o czym napiszę wkrótce. Opowiem o moich studenckich doświadczeniach.
.

15 komentarzy:

  1. Po gościnnych występach w Skarbówce i ZUSie mogę powiedzieć, że PUP to bardzo przyjemne miejsce. Chrońcie mnie bogowie przed tymi siedliskami zła!

    Z swojego doświadczenia nie polecam raczej ubezpieczeń oferowanych przez uczelnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Zapamiętam. Ale ogólnie z tymi ubezpieczeniami było zabawnie, bo mówię do mamy, że w końcu mam czas, więc zbadam sobie krew. A ona mi na to, że może i mam czas, ale nie mam ubezpieczenia. I że mnie złapią za oszustwo, bo tak naprawdę to miałam, chociaż nie miałam. Nie chciało mi się wrzucić tego do posta, więc wrzuciłam do pierwszego komentarza, a Ty padłaś ofiarą późnej pory, kiedy to gadam dużo i o niczym i bez sensu.

      A czy zaproponowali Ci może pracę w tym całym PUP?

      Usuń
    2. Gadaj, lubię Twoją gadaninę.

      Hm... poniekąd. Ja pracowałam w PUPie (pupie. pupie).

      Usuń
    3. Nie chciałaś tego mówić, wierz mi.

      Ha, nieźle. O to bym Cię nie podejrzewała.

      Usuń
    4. Dlaczego byś mnie o to nie podejrzewała?
      W młodości popełnia się karygodne błędy, a to było zdecydowanie najgorsze doświadczenie zawodowe ever. Wytrzymałam dwa miesiące.

      Usuń
    5. Nawet przez Internet sprawiasz osoby nieco bardziej życiowej i zbyt ogarniętej jak na pracę urzędnika w pupie. Będąc tam zastanawiałam się, skąd oni takich ludzi biorą. Babka dziwiła się, że byłam w stanie przeczytać kartkę a4 tekstu jakiejś umowy. W sumie nic dziwnego, bo ona w tym czasie zdążyła wklepać do komputera moje nazwisko.

      Usuń
    6. Z tym życiowym ogarnięciem mogłabym polemizować!
      W urzędzie pracowałam w dziale analizy rynku pracy. Żadnego kontaktu z petentami i innymi takimi. Tylko ja, sprawozdania, raporty, SPSS i kawa. Przynajmniej doświadczyłam na własnej skórze, że urzędnicza praca nie jest dla mnie i z każdym kolejnym dniem umierałam wewnętrznie.

      Usuń
    7. Kurka, ciekawe czy tylko w Opolu PUP kojarzy mi się z przedsionkiem piekiełka... albo moze rzeczywiście za mało piekiełek jeszcze odwiedziłam :P

      Usuń
    8. Grumpy, życiowa i ogarnięta, a nie - ogarnięta życiowo, nie przesadzajmy. Auroro, u mnie było wyjątkowo nudno i spokojnie. A obok jest taki cudowny, zarośnięty, postkomunistyczny mini-park i ogólnie piękne otoczenie. Następnym razem wybiorę się tam z aparatem i potwornie żałowałam, że nie miałam go ze sobą ostatnio.

      Usuń
  2. Matulu, wypadało by się zainteresować ubezpieczeniem. Wiem, że mam. Wiem, że nie wiem na czym to polega. Wstyd ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zapomnę gdy pani w pupie zapytała mnie: Szuka pani jakiejś pracy?
    Nie, kuźwa, tak tylko lubię postać w kolejkach wśród powiatowego menelstwa zasiłkowego i całkowicie satysfakcjonuje mnie status bezrobotnej.

    Ale, koniec końców, dzięki nim (choć nie bez trudów) odbyłam swój pierwszy, półroczny staż, który dał mi do zrozumienia, że nie chcę mieć nic do czynienia z państwowymi urzędami ani niczym, co ma 'społecznej' w nazwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam się z pytania "czy ma pani jakieś plany na najbliższy czas?" bardzo ucieszyłam, bo mogłam powiedzieć, że mam. Miła pani przedstawiła mi ofertę z codziennym dojazdem i kontaktami z klientami w obcym języku, wpisała sobie ją, gdzie trzeba, poinformowała, że jeżeli znajdę sobie staż, to oni mają fundusze i życzyła powodzenia. Ogólnie wrażenia mam bardzo pozytywne, pewnie dlatego, że niczego od nich nie chciałam.

      Usuń
  4. z nieba mi spadłaś z tym tekstem :) Właśnie zrezygnowałam ze studiów i miałam się wziąć za szukanie informacji na temat ubezpieczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszy mnie Twój komentarz. Oczywiście nie z powodu rezygnacji ze studiów, bo to raczej mnie martwi, ale dlatego, że komuś udało mi się {mam nadzieję} tym tekstem pomóc. Powodzenia!

      Usuń
  5. Dobrze, że napisałaś o tym. Na szczęście odnalazłem się już dawno w tym temacie;)

    OdpowiedzUsuń

Jedyną zasadą komentowania - motto bloga.
'Piszesz? Pomyśl.'
puszyslawa@gmail.com