poniedziałek, 17 marca 2014

Tak wyglądały moje studia w Sosnowcu [studia - całość]

Sosnowiec to nie miasto, Sosnowiec to stan umysłu. No i nie Śląsk, a Zagłębie. Naprawdę tak jest. Zapamiętaj, ta wiedza może ocalić Twoje zęby.

Niech długość Was nie odstrasza! To tylko suma dwóch postów i zupełnie nowa część na końcu. Zdjęcia na przystawkę, trzydaniowy obiad, rysunek na deser, prawie dokładnie w odwrotnej kolejności.


Wiking z Sosnowca; cytat za: Puszypedia
Element miejscowego folkloru prawie tak silny i znaczący, jak lokalne dowcipy;
 bezdomny z tytułem doktora i własnym fanpage na Facebooku.
 
 
Wesela, stypy, niedzielne obiadki
Tragikomedia w trzech aktach

Prolog
Powiedziałam: Będę studiować analitykę medyczną w Sosnowcu.
Usłyszałam śmiech oraz odpowiedź: To opowiem Ci dowcip. Wiesz, dlaczego w Katowicach nie kupuje się mieszkań powyżej czwartego piętra? Bo widać Sosnowiec.


















akt pierwszy: Liczy się pierwsze wrażenie
Powiem nieskromnie, że na liście przyjętych na AM byłam pierwsza, z najwyższym wynikiem. I jak zapewne już się domyślasz - totalnie mnie to miejsce nie satysfakcjonowało. Ale dawało +10 do zadzierania nosa. I nie niosło za sobą żadnych przywilejów, z dokumentami trzeba było stawić się osobiście. Pojechałam więc.

Zapach nowego samochodu, chmurne lato, przyjemny chłodek, twarda kanapa, lekka depresja. Bruce, zdecydowanie zbyt optymistyczny. Jadę i z tylnej kanapy spoglądam przez okno. Nawigacja prowadzi w coraz większe ostępy, ja martwię się coraz bardziej. Brudne domy, krzaki, dziury zamiast dróg. Mijamy na wpół odkryte groby na cmentarnej skarpie. Czujesz klimat? Przejeżdżamy przez ogromne rondoskrzyżowanioniewiadomoco, w końcu lądujemy na zagrodzonej, rozkopanej, jednopasmowej ulicy, a nieznany, damski głos wesoło oznajmia: jesteś na miejscu.

Wysiadam. Rodzice zachwyceni niezwykłą nowoczesnością budynku nie dają nakłonić się do zostania na swoich miejscach, idą ze mną. Krytycznie oceniam mój wygląd i strój, jest źle. Maszeruję z teczką w dłoni, kropi deszcz. Wchodzę. Kolejka, mnóstwo obcych ludzi, parę wrednych z twarzy osób. Pannica w Levisach z miną prawie tak samą, jak moja i ojcem biznesmenem u boku spogląda na mnie z góry. A tak, trzymam teczkę analityki, ona - farmacji. To nic, że zapewne punktów miałam więcej. Przecież ona nie wie. Myślę szczerze: może być nieźle. Wypełniam kartę, dowiaduję się, że trzeba jechać wpłacić 10 złotych w kasie na drugim końcu miasta. Wracamy do samochodu.

Jedziemy w kierunku rondoniewiadomoczego, nagle ktoś z góry zaczyna wylewać wiadra wody. Pod wiaduktem zebrało się dobre kilka centymetrów. Oczyma wyobraźni już widzę zawilgoconą elektronikę i zalany silnik. Mijamy "lekko" podniszczony szkielet budynku, który w zamysłach władz socjalistycznych miał być zapewne supernowoczesnym biurowcem. Z rur na dachu tryskają wodospady brudnej deszczówki. Widok niezapomniany.

Wysiadam, biegnę w deszczu do budynku, którego wygląd sugeruje zachowanie "odwróć się i uciekaj". Ochroniarz i pani w kasie przemiła. Mam rachunek, wracam. Tym razem w drodze powrotnej mijamy ponad stuletnią szkołę, przed którą stoją posągi uczniów bez oczu. Mieli na sobie czarno-białe mundurki. Tata powiedział, że tu uczył się jego kolega. Deszcz, dziwne osiedle, dzieci bez oczu i ten budynek. Sceneria godna horroru.

Przestało padać, dobiegłam do budynku, udało mi się nawet rozbawić pana{!} i panią z dziekanatu. Miło. Wracam. Jedziemy do Ikei, gdzie po raz pierwszy i ostatni w życiu spożywam osławione klopsiki. Jestem wściekła, bo nici z zakupów i kina. I w dodatku to okrutne słońce wściekle i bezlitośnie promieniuje gdzieś w górze. Koszmar. Kurtyna.

 akt drugi: Blogerki kontratakują
A wiecie, dlaczego w Katowicach nie kupuje się mieszkań powyżej 4 piętra? Bo można zobaczyć idące na spotkanie blogerki kosmetyczne.

scena I: Czy to już Sosnowiec?
Wsiadam do pociągu Kolei Śląskich, nawet udało mi się dobiec na czas. Umówiłam się z jakąś dziewczyną, coby nie jechać i nie nudzić się samej. Nie zastanawiam się, kto to. Pisała, że jest blondynką i że rozpoznam ją po czarnej torebce. Ona mnie po brązowej, hipsterskiej. Wsiada na jednej z kolejnych stacji i oddycha z ulgą. "Uff, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że widzę akurat Ciebie, taką. Bałam się, kogo spotkam." Rozmawiamy, dowiaduję się, że będzie studiowała architekturę. No, ja też będę studiowała, w Sosnowcu. Rozmawiamy już dość długo, zaczynam się stresować, nie pamiętam trasy ani wyglądu dworca. Pociąg zatrzymuje się, a ja podrywam tyłek z miejsca. Nie, to tylko jakaś Dąbrowa. Następna stacja. Wstaję, ale to jakiś Będzin. Kolejna. Wstaję, szarpię ją, ale to kolejny Będzin. Znów się zatrzymujemy. Tym razem chwytam Kingę za rękę i krzycząc ciągnę w stronę drzwi, ludzie patrzą. No tak, krzyczę o Sosnowcu, a to Będzin Miasto.

scena II: Czy to już centrum Sosnowca?
Wysiadłyśmy w końcu. Dworzec jak dworzec i tylko moje zdziwienie - duże miasto, jeden peron. No można i tak, idziemy. Wyszłyśmy gdzie nam kazano, zdziwiłam się ponownie. Przed moimi pięknymi oczami rozciągała się spora, jak na duże miasto, pusta przestrzeń. Idziemy dalej, mijamy trochę przyschniętych krzaków, jakiś żwir i resztki murka, prawdopodobnie dawny skwer. W pobliżu stoi szklany sześcian z ogromnym napisem "Casino", dziwna wizja anonimowego architekta. Chyba miało być nowocześnie i awangardowo. Naprawdę, genialnie pasuje do otoczenia. Idziemy dalej i nawet widzimy restaurację, w której ma odbyć się spotkanie. I w tym momencie chodnik się urywa.

Zatrzymujemy się i patrzymy. Przed nami dwupasmowa droga, po naszej lewej też, po prawej wiadukt kolejowy. Chyba lepiej wiaduktem, niż przez drogę, pociągi jeżdżą rzadziej. I nawet ścieżka wydeptana. Obok nas zatrzymuje się jakaś dziewczyna w podobnym wieku. "Ja to Ci mówię, że ona też na to spotkanie. Ale wygląda na wredną zołzę, nie podchodzimy."

"Cześć! Mam na imię Hildegarda, Wy też na to spotkanie?" No nie, czy ona nie czyta mi w myślach? I jakie rurki ma!

Tak bardzo chciałam przejść tym wiaduktem. Nie pozwoliły mi.

scena III: Grunt to dobry klimat
Czy pod nami jest stypa? Tak! Zrobili nasze spotkanie i stypę w jednym miejscu! Piętnaście przekupek blogerek, lakiery do paznokci i żałobnicy. Nieźle.
E tam, dajcie spokój. Są w salce pod ziemią, tematycznie. Grunt to dobry klimat.

scena IV: Mamo, spać
Sosnowiec, typowe podziemne przejście, godzina 22, dwie laski z rękami pełnymi toreb pełnych kosmetyków. Delikatne, nastrojowe światło kilku żarówek, z naprzeciwka niepewnym krokiem podąża dżentelmen, plus-minus pięćdziesięcioletni. "Jakie piękne dziewczyny!" - przesyła mi i Kindze całusa. Dobrze, że z jakiegoś powodu trochę zbacza z trasy i robi to z oddali.

Jesteśmy na dworcu, obok materializuje się roześmiana Hildegarda. Próbujemy kupić jej bilet. Jaka niespodzianka! Kasy czynne są tylko do 17.

Wymieniłyśmy kilka uwag, zaczęłyśmy wąchać kosmetyki, gdy nadjeżdża pociąg plotkujemy jak przyjaźniące się emerytki. W przedziałowagonie obok w najlepsze trwa impreza, strumień piwa na podłodze dopłynął aż do nas. "Wiesz, czytając Twojego bloga ma się wrażenie, że z Ciebie taka zołza" mówi do mnie Hildegarda.

Jeszcze tylko jedno warte wzmianki wydarzenie. Obok siedzi przystojny chłopak, chyba lekko podchmielony. "Ale ja ją tak bardzo, bardzo kocham..." mówi cicho, żałosnym głosem. Ale bym chciała, żeby ktoś mnie tak bardzo, bardzo kochał, komentuję ku ogólnej uciesze. Przystojne towarzystwo wysiada, Kinga i Hildegarda wysiadają, robi się coraz bardziej pusto.
 
Przed 23, pociąg już prawie na mojej stacji. I nagle - światła gasną, słychać wiwaty. Dość tego. Nerwy mi puszczają, nocny pociąg, żadnych ludzi obok. Jeszcze ukradną mi moje łupy do zrecenzowania. Zbieram manatki, idę na przód pociągu, do ludzi. Pytam konduktora, co się stało i czy pojedziemy. To tylko komputer pokładowy się zawiesił, wystarczy go zresetować. Za dziesięć minut pojedziemy.
Napisałam wtedy, że dobrze, że pociąg nie działa pod Windowsem. Zgadnijcie, co widać po zresetowaniu pociągu. Tak, pulpit. 
Kurtyna.


akt trzeci: Po mieście z przewodnikiem
Początki bywają trudne.
Wczuj się w klimat, tym razem jest piękna, złota jesień.

scena I: Czy to jest centrum Sosnowca?
Idziemy z dworca. Odstawione, bo inauguracja roku akademickiego, dumne studentki. Słońce świeci cudnie. Opowiadam Zuzannie o moich poprzednich wizytach tutaj, śmieję się z tego, że nie pamiętam drogi z dworca do centrum (200 metrów, jeden skręt). Zu przeprasza, że zamiast normalną trasą prowadzi mnie osiedlem, przez co nawet nie wiem, gdzie jestem i pokazuje blok, w którym mieszka jej babcia.

Wychodzimy z osiedla, mijamy centralny skwer.
Czy to jest centrum Sosnowca? - pytam. - Od mej ostatniej, pierwszej wizyty tutaj nie daje mi to spokoju.
Noo, tak. To jest centrum. Konkretnie - tamta fontanna. Nie ta zarośnięta, ta czynna.
Przechodzimy na drugą stronę tej samej ulicy tym samym podziemnym przejściem, ale jakimś cudem lądujemy nie pod blogerską restauracją, a na przystanku tramwajowym. Teleportacja, czy jak?! Jedzie tramwaj. 27 albo 26, nasz! Wsiadam.

Nie potrafię chodzić po jadącym pojeździe. Nogi jak z waty, tramwaj jeszcze stoi, a ja już przerażona podchodzę do motorniczego i proszę o bilet. Monety podaję trzęsącą się ręką. Odbieram bilet, przez cały czas mówię coś do Zuzy. Odwracam się, a jej nie ma. Biegnę do drzwi, widzę czarną czuprynę pomiędzy schodami a torami. Jestem przerażona, nawet nie wiem, jak się krzyczy. Zu podnosi się, wchodzi do tramwaju, trzymając w ręce jedną ze swych uroczych balerinek. Śmieje się. Spadła, tak po prostu. A to niedobra, urocza balerinka!

Tramwaj rusza, ja siadam tam, gdzie się da i usiłuję skasować bilet. Obok mnie siedzi śniady mężczyzna z torbą, Zuza dziwnie patrzy i przywołuje mnie do siebie gestami. Narzekam przez kilka sekund, w końcu decyduję się wstać. I wtedy zobaczyłam tego śniadego. W oczach obłęd, na ramieniu - biała mysz.
 
scena II: Sprint godny olimpijczyka
Rześki poranek, puste, spokojne, chłodne i dziwnie przyjazne okolice przystanku tramwajowego przy dworcu w Będzinie. Wysiadłyśmy przed Sosnowcem, a to niespodzianka! Widać nadjeżdżający tramwaj, a do przystanku kawał prostego chodnika. Biegniemy!?
Kilka sekund później...

Biegnę różowym, brukowanym chodnikiem, przyśpieszam, prawa noga w górze i... Czuję, że nie czuję kolana. Już wiem. Już wiem, że nie wyląduję na prawej bezpiecznie. Wysyłam sygnał: blokuj kolano. Efektu brak, prawa noga wciąż w górze. Myślę, może lewa? Ale lewa już dawno oderwała się od ziemi. Myślę. Bezlitosna fizyka, nie dam rady przerzucić lewej do przodu. Zobaczyłam oczyma wyobraźni finał sytuacji. Zginam stopę prawej, przesuwam środek ciężkości, podwijam rękę, wystawiam biodro. O, nawet nie bolało. O, jaki wygodny ten chodnik. Zerkam na rękaw kurtki, cały. Kładę głowę na rękach, podciągam się i leżąc na brzuchu, zaczynam śmiać się w głos.

Biegnę, biegnę, leżę jak długa i się trzęsę. Zuza prawie zeszła na zawał, podbiegła do mnie przerażona. Zaniepokojony motorniczy poczekał. Jakaś miła starsza pani w tramwaju ustąpiła mi miejsca. Nie musiałam stać w jadącym pojeździe! A czucie w kolanie odzyskałam po kilku minutach. No i kurtka cała! Tylko... kurczę! Skąd ta krew na dłoniach?! Ooooo nie... Jak ja teraz będę dbać o włosy?!
 
 
 
 
 
scena III: Tramwaj '27
Patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że ja wcale nie studiowałam, tylko ciągle jeździłam. Ewentualnie chodziłam. Lub siedziałam w Maku. Albo w Plazie.

Ale ogólnie uwielbiałam podróżować. Szczególnie tramwajami, bo widoki zza okna pociągu znałam już na pamięć, a tak - mogłam zwiedzić ciekawe miasto.

I tym sposobem dzięki spacerom i przejażdżkom po Sosnowcu dostrzegłam pewną prawidłowość. Co drugi sklep tam to apteka. Reszta to żabki. W tym mieście ludzie nie chodzą do kosmetyczek i fryzjerów, a do Day-Spa, ewentualnie oferującego usługi fryzjerskie, makijażowe, stylizacyjne.

Prawie każda restauracja, knajpa i bar mleczny w Sosnowcu reklamuje się hasłem "wesela, komunie, stypy". Nawet bar z obiadami dla studentów, gdzie jadali emeryci. Kilkakrotnie spotkałam się z kombinacjami z obiadami. Często na szyldach podawano ceny, na przykład niedzielne obiadki z tytułu posta były po trzy złote. Raz słowo "stypy" zmyślnie zastąpiono wyrażeniem "imprezy okolicznościowe". Szacunek dla managera lokalu. Ale ogólnie stypy były wszędzie.

Na klombie przed jednym z barów stała muszla klozetowa. Porządna, biała i porcelanowa, tylko lekko ubłocona. Niestety nie zdążyłam uchwycić tego miejsca na fotografii, bo gdy wracałam z uczelni muszlę przykryto już dywanem. I tak sobie istniała pod tym dywanem, nawet wtedy, gdy wracałam do domu z potwierdzeniem skreślenia z listy studentów.

Podoba mi się stosowanie w nazwach firm imion. No na przykład "Szkoła nauki jazdy Jakub". Naprawdę, bardzo to fajne. Albo "Spa Agaty". Jak się już trafi pod adres z mikroskopijnej wielkości szyldu wiadomo, jak zwrócić się do właściciela siedzącego za biurkiem. A szyldy są tem wszędzie.

I zza szyby [widziałam budynek sądu], w którym sądzono mamę Madzi z Sosnowca! Taka nobilitacja.

Jadąc tramwajem w Sosnowcu można zrozumieć jeszcze jedną rzecz. Mianowicie - dlaczego Katowiczanie, pisząc na murach, nazywają Sosnowiczan... Śmierdzielami. Tak! To z pewnością dlatego, że woda w Sosnowcu jest zbyt droga, bo ogrzewają ją węglem z Katowic skórzana tapicerka tramwajowych kanap i foteli czyszczona jest zbyt rzadko.

Żarty o Sosnowcu
Pewien piękny, słoneczny i zupełnie niezobowiązujący dla dwóch z nas dzień. Siedzimy na ławeczce w CH Plaza, w centrum Sosnowca. Z Zuzą, taką jeszcze jedną fajną, która przestała chodzić na studia zanim jeszcze zaczęła i ze mną. I ta jedna fajna czyta smsa i się śmieje. Pytamy: Co przeczytałaś? Aaa, tata pisze, że w Sosnowcu pewnie pada deszcz.


Epilog
I tylko czasem... zdarza mi się spojrzeć na blizny na dłoniach {jednak obu}, opowiedzieć komuś, jak pięknym miastem jest Sosnowiec, uciec myślami w cudowne wspomnienia i pomyśleć "a może by tak... rzucić wszystko i... wyjechać do Sosnowca?

 Jestem skłonna uznać, że właśnie przeczytałeś najdłuższy post w historii blogosfery. Jakie wnioski można z niego wysnuć? Mnie na myśl nasuwa się jeden. Zwiedzaj Sosnowiec tylko jesienią i tylko z dobrym przewodnikiem.
Tekst, w całości, dedykuję Zuzannie.
Odpowiedź na pytanie "Biegniemy?!" już nigdy nie będzie prosta...



Naprawdę nie widać, że ten tekst opowiada o moich studiach?
.

13 komentarzy:

  1. Haha tak szczerze, to nie, nie widać że piszesz o studiach. Ale to nic- to się czyta o wiele ciekawiej, niżeli o kolejkach, w których szanowna autorka miała okazję stać. I zdecydowanie chciałabym kiedyś zwiedzić/zobaczyć Sosnowiec- dla mnie każde miasto zasługuje na uznanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A wiesz, że przez Twojego bloga postanowłam poraz pierwszy pojechać do Sosnowca hahaha :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty, a Sąd to nie jest moje zdjęcie, czy ja mam deja vu? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz. Szukałam jakiegoś zdjęcia do podlinkowania, wybrałam najbardziej sensowne, a tu blog Króliczka. Chciałam nawet linkować do posta, ale jeszcze komuś nie chciałoby się scrollować... Zmienić to?

      Usuń
  4. Spoko, jak dla mnie może być :) Aż miło że z tylu zdjęć w Googlu moje było najbardziej reprezentacyjne.
    I to zrobione z rąsi w porannym truchcie na dworzec ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Budynek sądu to zdecydowanie zbrodnia na architekturze:P
    Nigdy nie byłam w Sosnowcu, ale wygląda na smutne miejsce zatrzymane w czasie - jakby jeszcze żył w nim PRL :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbrodnia? Mnie on totalnie fascynuje!
      Te zdjęcia i opis to nic w porównaniu z tym, co widać na miejscu. 20 lat w tył, jak nic, może nawet 30. Tylko troszkę bardziej zniszczone i posypane.

      Usuń
  6. Ej, post może i długi, ale ja tu widzę zdecydowanie kunszt literacki. Serio, pod tym względem szacun, fajnie opowiedziana historia.

    "Wesela, komunie, stypy" :D wesoło w tym Sosnowcu, nie ma co.

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam każde wymienione przez Ciebie miejsce i czuję się z tym nieco dziwnie :D. Jednak fajnie było przeczytać o nich z Twojego punktu widzenia, inaczej się coś widzi, jeśli się tu mieszka całe życie, a inaczej, jeśli jest się przyjezdnym.

    PS. Bywasz jeszcze czasem w Sosnowcu? :)
    Pozdrawiam, Wiktoria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okazjonalnie, ale w najbliższym czasie prawdopodobnie nie. Musiałabym znaleźć czas, dobrą okazję i pieniądze na bilet : D

      Usuń
  8. Pojechałabym do Sosnowca, bo mam niedaleko, ale paszport się skończył, a na wizę się długo czeka. My hanysy z gorolami z Sosnowca się nie zadajemy :P

    Mam tam rodzinę, co za wstyd...

    A żart z czwartym piętrem wybitny! :D mieszkam na trzecim, uff!

    OdpowiedzUsuń
  9. Też się dostałam na analitykę, ale stwierdziłam, że po 3 latach chodzenia do liceum w Sosnowcu nie wytrzymam kolejnych 5... I proszę bez takich "to tylko jakaś Dąbrowa" :/

    OdpowiedzUsuń

Jedyną zasadą komentowania - motto bloga.
'Piszesz? Pomyśl.'
puszyslawa@gmail.com