poniedziałek, 5 maja 2014

Na chwilę przed maturą

Ile jeszcze zostało? Dwanaście godzin? Chyba mniej. Dużo mniej. No ale chyba polskim się nie przejmujecie.

Jak zachować się przed maturą? Nie wiem, nie jestem wzorem do naśladowania, a w tym przypadku nie jestem nim szczególnie, zaraz Wam o wszystkim opowiem.
W zeszłym roku dopadło mnie coś dziwnego. Kompletnie nie potrafiłam się uczyć, nie dało się. A może, to był zwyczajny stres? Nie wiem, ale praktycznie przez cały rok przed maturą nie mogłam się na niczym skupić, kompletnie na niczym! W końcu przestałam się zmuszać do nauki i zainteresowałam tym, w co ubiorę się na kolejne egzaminy.

No i miałam na przykład takie piękne, beżowe (nude, podobno tak się ten kolor nazywa) szpilki. Dziesięciocentymetrowe, ale na platformach. Ratowały stylizację, więc włożyłam. I na wszelki wypadek wyszłam z domu o dwadzieścia minut za wcześnie. Miałam jakieś pół godziny zapasu. A do szkoły idę siedem, więc nie było czym się martwić. Minęło pięć minut. Przeszłam sto metrów. Minęło dziesięć, byłam o dwieście metrów od klatki schodowej. Po chwili znalazłam się w takim miejscu, że powrót nie miał już sensu. Nawet biegiem i na boso. Więc próbowałam te buty ściągnąć. Inaczej ułożyć stopy. W końcu zdjęłam skarpetki, żeby chociaż spadać przestały. Przeszłam kolejne sto metrów i powoli zaczynałam panikować, ale też pod wpływem adrenaliny myśleć - Może biegiem, boso, do szkoły? Zdążyłabym!

Ale jak już wspomniałam - zaczęłam myśleć. I kombinować. Za każdym razem, biegnąc rano do szkoły w butach myślałam o tym, że tak łatwo byłoby zatrzymać jakiś samochód i tak przyjemnie podjechać pod drzwi szkoły w spokoju. I pomyślałam: Jak nie teraz, to kiedy?! Jechało jakieś stare kombi. Wolno, kierowca wyjeżdżał z jednej zawalonej, jednopasmowej osiedlówki na drugą. Zatrzymał się, miał otwarte okna. Teraz, albo nigdy!

 - Dzień dobry, czy mógłby Pan podrzucić mnie pod LO? (Cholera, nie jest młody i przystojny.) Za dziesięć minut mam maturę, a coś stało mi się z kostką. - Rzuć uśmiech numer pięć!
 - Eeee, yyyy, ckhem...! Ale ja jadę w stronę X, skręcam przy Biedronce... (a teraz wzrok Kota w Butach). Ech, no dobrze, pani wsiada.

Nie licząc samotnej podróży windą z wykładowcą i innej jazdy samochodem, z kolegą, były to najbardziej kompromitujące minuty mojego życia. Ale uczucie ulgi, gdy wysiadłam z samochodu pod szkołą - bezcenne. Niesamowite, niezapomniane. Pięknie podziękowałam i przedefilowałam w szpilach i rurkach przed stojącymi na schodach kolegami z klasy. Pion trzymałam chyba tylko dzięki adrenalinie, która w końcu czasem się przydaje. Byłam na tyle wcześnie, że opowiedziałam o mojej przygodzie kilku znajomym, ale chyba nikt nie uwierzył.

Wiele dzięki temu przeżyciu zyskałam. Przede wszystkim nie stresowałam się samą maturą. Tak bardzo byłam szczęśliwa z samego faktu dotarcia na czas. Przy okazji nauczyłam się chodzić na szpilkach. Nie wiem, jakim cudem, ale wróciłam już normalnie, robiąc po drodze zakupy. Od tamtej pory nie mam też problemów z żadnymi obcasami. No i maturę z chemii zapamiętam na długo. Ale to już nie tylko z powodu szpilek.

Dzień wcześniej byłam wściekła. Nie mogłam się skupić na powtarzaniu, rzuciłam książką. Kompletnie! Z resztą. Przecież znam tą reakcję, przypomnę sobie.
Nie przypomniałam sobie. Straciłam na niej trzy, cztery punkty. Przestałam myśleć na sam widok zadania, które jej znajomości ode mnie wymagało. To znaczy przestałam po kilku sekundach, ale nie zdążyłam sobie jej w tym czasie przypomnieć. Trzy, cztery punkty spokojnie wystarczyłyby do medycyny. Ach, tak. Przypomniałam sobie od razu po wyjściu za drzwi budynku szkoły.

Czy jako weteranka mogę dać Wam jakieś dobre rady... A no mogę. Zawsze mogę coś wymyślić.

Przede wszystkim zastanówcie się, z czym możecie mieć problem i powtórzcie. Połóżcie się, albo usiądźcie. W całkowitej ciszy. Możecie z książką, jak kto woli. Ja leżę z kremem do rąk i kotem na dywanie. Albo z słuchawkami w łóżku. I musi być ciemno. To znaczy ja muszę mieć ciemno. Uporządkujcie całą wiedzę. Skupcie się i podejdźcie do wybranego przedmiotu kompleksowo. Może być ta [nieszczęsna mapa myśli]. Wychwyćcie ewentualne niedociągnięcia. Pewnie i tak Was o to nie zapytają, ale pomyślcie sobie, co by było, gdybyście nie powtórzyli, a oni jednak by zapytali. To tak jak z parasolem, jak weźmiesz, to nie pada.

Poza tym możecie spróbować potraktować rozwiązanie tych zadań jak wyzwanie, konkurs, zawody. Wyobraźcie sobie, że to jakiś rodzaj rywalizacji i że musicie wygrać. Na niektórych to działa. Na mnie na przykład. W tym momencie polecę również obejrzenie filmu Wyścig (Rush, 2013). Wczoraj wybitnie poprawił mi nie tylko ogólne samopoczucie, ale wpłynął też na bezpośrednie nastawienie do egzaminu.

No i przede wszystkim nie ma co spinać tyłków. W najgorszym wypadku się poprawi. Mnóstwo ludzi pisze matury więcej, niż raz w życiu. A dawniej nie było takiej możliwości! Pamiętajcie, władze są ludźmi i zrozumiały, że my również jesteśmy takimi samymi jak oni ludźmi i że możemy mieć gorszy dzień.

Ale nie ma lekko, nie rozluźniajcie się za bardzo. Stres często wpływa na organizm pozytywnie. Oczywiście mam na myśli ten krótkotrwały. Wzmaga koncentrację, przyśpiesza pracę serce, dotlenia mózg. Czyli lepiej się myśli. A więc: poprawianie matury to nic strasznego. Straszny jest ten rok, spędzony w oczekiwaniu na kolejne podejście. Naprawdę. Nic przyjemnego. Czyli poziom stresu już został już ustalony na odpowiednim poziomie.

Porównam jeszcze moje podejście sprzed roku i to z teraz.
 W zeszłym roku: Nie rozwiązałam Witowskiego, będzie na przyszły rok.
 Teraz: Nie rozwiązałam Witowskiego, tyle kasy się zmarnowało. Ale w sumie dobrze, Asia będzie miała mniej do wymazania.

Zastanawiałam się też, czy nie zdradzić Wam tego, jak radzę sobie z rozwiązywaniem zadań. Zarówno tych teoretycznych, jak i podejmowaniem decyzji w stylu tej z samochodem w drodze na chemię. Ale to chyba bardzo indywidualna cecha i nawet, gdyby udało mi się wyłożyć to w wystarczająco jasny i zrozumiały sposób, to nie byłoby dobrze, bo najprawdopodobniej naprawdę uznalibyście mnie za wariatkę.

Jako internautka podrzucę Wam link do [maturalnej opowieści znanego blogera Kominka]. Podobno nikt, kto ją przeczytał, nie oblał. Czy tam nie był niezadowolony. Ja w zeszłym roku nie czytałam.

I zażartuję na koniec. Mogłam nauczyć się więcej, znacznie więcej. Ale umiem znacznie więcej, niż wtedy. W zeszłym roku. Mam precyzyjnie ustalony program powtórek na ostatnie dni. Mam też plany dotyczące zakupu maski do włosów i farb olejnych oraz publikacji na temat mycia włosów. I mam problemy.

Czy będzie padało, czy moje ukochane szpilki nie zamokną? Jaka koszula pasuje do szarych rurek? Kołnierzyk, czyli włosy upięte? Czy w takim wypadku nałożyć na policzki bronzer? No i - czy wypić kawę, jeżeli będzie padało? Jeżeli ciśnienie będzie niskie, to będę senna, a to nie wróży nic dobrego. No ale jeżeli wypiję, to będzie mi się chciało sikać. A to, w połączeniu z paradowaniem przez całą halę sportową w szpilkach również nie wróży niczego dobrego. Konflikt tragiczny, jak nic.
Ciesz się, jeżeli jesteś facetem.

Powodzenia, Koteczki!

18 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Nie miałam wyjścia. Może nie widać tego aż tak dobrze w tekście, ale serio miałam szansę się spóźnić.

      Usuń
  2. A ja nadal nie umiem chodzić na szpilkach...;) Będzie dobrze, trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mam nadzieję, że będzie.
      W środę idę na angielski, włożę te beżowe : D

      Usuń
  3. Na szpilkach zaczynałam się uczyć chodzić przed studniówką i jakoś sobie poradziłam :) później całą wiosnę chodziłam na szpilkach w botkach do szkoły (miały gdzieś z 7cm). Więc na maturze już nie miałam z tym problemu. Jak sobie pomyślę, że od tego czasu minęły już 4 lata to mi się aż smutno robi. Mam wrażenie jakby to było wczoraj. Ta piosenka Farben Lehre towarzyszyła mi przed moimi maturami, a ich piosenka "Kwiaty" w tamtych czasach była grana na prawie każdej osiemnastce, na której byłam. Przyznam szczerze, że do matur się nie przygotowywałam, nic nie powtarzałam. Ale ja znów uczyłam się na każdą lekcję i uczyłam też innych (udzielałam korków) więc cały materiał miałam regularnie powtarzany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja włożyłam na studniówkę te same, kupiłam je specjalnie na tę okazję. Zataczałam się już na wejściu, potem pobiegłam przebrać i prawie spadłam ze schodów. Cała szkoła, łącznie z dyrektorem, bo widziałam to w jego oczach myślała, że ja i prowadząca mnie kumpela jesteśmy pijane. W dodatku miałam pomarańczowy podkład. I śmiałyśmy się i zataczałyśmy razem tak głośno, że naprawdę nie pozostałyśmy niezauważone. Drugie na liście moich najbardziej kompromitujących przeżyć. Ta jazda samochodem jest na trzecim miejscu.
      Ja też uwielbiam udzielać korków! Tylko że nie bardzo miałam komu, a chciałam bardzo. Wiedziałam, że wtedy bym się uczyła.

      Usuń
  4. U mnie z maturą było tak: chodziłam do bardzo, bardzo dobrego liceum, w którym - widzę to z perspektywy czasu - nie wykorzystałam pełni możliwości jakie mi ono oferowało. Na biologię się jeszcze jako-tako uczyłam, ale przez trzy lata chemii czytałam pod ławką beletrystykę, co poskutkowało napisaniem co najmniej paru prac klasowych na jedynkę (i poprawieniu ich na naciąganą trójczynę metodą ZZZ).

    Do matur uczyłam się dużo, ale źle - i to również widzę dopiero teraz. Niektóre tematy robiłam idiotycznie szczegółowo (czytając je np. z "Biologii" Villeego), a na niektórych w ogóle się nie skupiałam myśląc o kolejnym odcinku Dextera.

    Najpierw była matura z biologii. Ta, którą miałam zamiar napisać LEPIEJ, by nadrobić nią chemię, która u mnie kulała. O tym, że poszła mi źle wiedziałam już oddając arkusz. Wiedziałam, że mogę liczyć na jakieś ~70%, a było mi potrzebne tak z 85, gdybym chciała mieć tyle samo punktów z biologii i chemii i dostać się na GUMed (ówczesny próg oscylował właśnie w okolicach 170 pkt.). Wróciłam do domu załamana. Nic już tego dnia nie zrobiłam. Następnego zaś rzucił mi się w oczy pierwszy tom Witowskiego. Matura z chemii miała być sześć dni później.

    Robiłam 300-400 zadań dziennie. Wstawałam bladym świtem, 50 zadań, śniadanie, 50 zadań, ubrać się, 50 zadań (...). Tom pierwszy zrobiłam właściwie w całości, a w tomie II robiłam chyba co drugie czy co trzecie zadanie.

    Napisałam maturę z chemii i padłam bez życia. Parę dni później matura podstawowa z fizyki, potem dwujęzyczna z bio, chemii i fizy, ale tu zadania są proste.

    Na świadectwie maturalnym zobaczyłam 73% z biologii i 97% z chemii. Na GUMed dostałam się na styk, w ostatnim rzucie, kiedy już uszła ze mnie cała nadzieja i myślałam, że będę musiała iść do Warszawy (a wtedy bardzo tego nie chciałam). Miałam już nawet przygotowane jakieś odwołanie, błagalne listy do rektora i ogólnie gorzkie żale - teraz mi się śmiać chce, jak o tym pomyślę.

    To był dla mnie przedsmak tego, jak bardzo będzie się mściło na mnie bimbanie w liceum. Oblałam potem pierwszy rok studiów i musiałam go powtarzać. Ale w końcu zdałam tę cholerną anatomię, udało mi się też w STRASZNYCH mękach zdać biochemię na drugim, pomału dobijam do końca trzeciego i... kurczę, czuję, że to jest to. I tego uczucia Ci właśnie życzę, bo należy Ci się jak mało komu.

    PS. Bardzo lubię czytać jak piszesz, zwłaszcza na tym blogu - szkoda, że wybierasz ten ŚUM :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bardzo uważam, że ten blog jest do dupy i nie mam na niego pomysłu. Chociaż jako profesjonalnej blogerce nie przystoi mi się do tego przyznawać.
      Ej, dlaczego nie? Chociaż na GUMed też będę składać, kocham morze i Trójmiasto, więc może akurat : )
      Trzaskam tego Witowskiego. Wybiórczo bo wybiórczo, ale skończyłam tą część bardziej ogólną i teraz rozwiązuję właściwości pierwiastków, potem tylko organiczna. I trochę z bio. Będzie dobrze, musi być. A jak nie to zbierać kasę na niestacjo, zagryźć zęby i poprawić za rok. Bo w najlepszym wypadku uzbieram tylko na rok.

      Usuń
    2. U mnie, żeby zapłacić za repetę (około 11 000 zł) też nie było łatwo. Teraz dopiero jestem blisko momentu spłacenia kredytu, a minęły dwa lata... Pamiętaj, że istnieje coś takiego jak kredyt studencki, to wielu ludziom uratowało zadki. Ale przede wszystkim bardzo wierzę, że to wszystko w ogóle nie będzie Ci potrzebne, bo po prostu napiszesz te matury jak sobie wymarzyłaś i tyle w temacie. :)

      A co do tego bloga, to już wiadomo - kwestia gustu. Ale podoba mi się ten Twój felietonistyczny (jest w ogóle takie słowo? :P) styl, mamy sporo podobnych poglądów no i tematyka okołomedyczna jest mi przecież jak najbardziej bliska. Myślę, że nie ma co szukać pomysłu na tego bloga, bo coś czuję, że po wynikach rekrutacji on się sam odnajdzie... ;)

      Usuń
  5. Ja przeczytałam wczoraj ten post kominka i mam nadzieję, że będzie ok! Miałam ze sobą też krzyżyk na szczęście (z Częstochowy) oraz bieliznę ze studniówki i nie obcinałam włosów, tak jak przesądy karzą.
    Mam nadzieję, że napisałam ten polski dobrze, bo według wszelkich portali społecznościowych jedyne zjawisko, jakie można zaobserwować na maturze z polskiego 2014 to wodolejstwo. Mam nadzieję, ze ja wody nie lałam, mam nadzieję..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja obcięłam, nie przeczytałam i nie mam pojęcia, jaką bieliznę miałam na sobie w studniówkę. To wszystko na pewno dlatego!

      Usuń
  6. Mam nadzieję, że po dostaniu się na wymarzone studia nie opuścisz tego bloga i piśniesz coś od czasu do czasu. Właśnie odkryłam, że jesteśmy w tym samym wieku, a byłam przekonana, żeś starsza. Oby Ci się udała maturka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama raczej bym się nie czytała, ale kocham czytać takie komentarze i podziwiam oraz uwielbiam wszystkich moich czytelników. No a mój wiek widać jak na dłoni, dojrzali ludzie nie piszą takich pierdół. Tobie też powodzenia!

      Usuń
  7. Pusia (można tak Cię nazywać?) Cóż jeszcze piszesz oprócz biologii i chemii?

    Co do maturalnego stresu i tak dalej. W zeszłym roku jak szłam na matmę, to drżałam jak osika, w tym roku pocieszałam tegorocznych maturzystów i siedziałam z panią Halinką (wspaniała kobieta) w mediatece chichrając się jak głupia. Czy poprawię o te kilka procent (tak bardzo potrzebnych mi na WUM), to nie wiem, ale przynajmniej pierwsze koty za płoty.
    Co śmieszne ja w ogóle jestem takim małym stresującym się człowieczkiem (dosłownie małym) i aż się dziwię sobie, że dzisiaj byłam taka wyluzowana. Ale może to dlatego, że wczoraj wieczorem przed snem powiedziałam sobie: show must go on! i wiem, że mam wspaniałych przyjaciół, którzy mocno trzymają za mnie kciuki i mimo, że opieprzali mnie jak się patrzy za to, że zostałam w domu i narzekałam, to z perspektywy czasu (zabrzmiało jakby minęło ze sto lat) wiem, że mnie mocno wspierali. I wierzę, że mi się uda napisać biologię i chemię tak, żeby się dostać gdzieś na lek. Najlepiej do Wawy (bo nie trzeba się przeprowadzać, można dojeżdżać, a tu już jestem zaprawiona w bojach) albo do Łodzi (bo M. i blisko więc można co miesiąc wracać) albo ewentualnie na ŚUM (może się spotkamy) lub do Białego (bo ten pałacyk Branickich, a ja jednak to historyczne zacięcie mam, no i niskie progi, ale o tym cii).

    Co do przesądów maturalnych, to ja też za Chiny Ludowe nie pamiętam jaką miałam bieliznę (chyba czarne gacie, ale kurczę które?) ale ja słyszałam, że to powinno się mieć czerwone i podwiązkę ze studniówki (ale jak zwykle nie pamiętam, na którą nogę). Włosów nie ścinałam, a już wołają o pomstę do nieba.

    Ja kiedyś jechałam stopem 20 km do szkoły, bo nam się pociąg spsuł, a kolejna stacja, z której pociągi zaczynały swój bieg była właśnie te 20 km dalej. W sumie mogłam się już wycofać, ale ja nigdy w życiu nie byłam na wagarach (bo takie, że mówię mamie, mamo nie chcę mi się, mogę nie iść, się nie liczą) i ta cholerna klasówka z wosu. To były czasy.

    A tak reasumując to się rozpisałam i nie pamiętam o czym chciałam napisać, a wiem, że o czymś bardzo chciałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. To uczucie, kiedy komenty na blogu są równie ciekawe i wartościowe, co sam post...

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem w podobnej sytuacji, też poprawiam biolę i chemię w następnym tygodniu. Z chemii mam 85 z pierwszej matury, a biologia.... hmmmm przemilczę :p Ja na ostatnie dni przeglądam tylko arkusze i czytam jeszcze trochę z książek, nic wielkiego, nie mam pomysłu czego mogłabym się jeszcze nauczyć. Aż się wierzyć nie chce jak ten rok zleciał, nie tak dawno wydawało mi się tyyyle czasu do matury, a to już w ten poniedziałek :O

    OdpowiedzUsuń
  10. I właśnie dlatego zrezygnowałam z zakładania szpilek na maturę ;). Jeszcze nie opanowałam poruszania się w nich i ogólnie czuję się w takich butach fatalnie, więc postawiłam na wygodę i stare, troszkę już zniszczone baleriny.
    Ogólnie to jestem tegoroczną maturzystką i przyznam szczerze, że stres przed polskim był, mimo że zawsze lubiłam ten przedmiot. Ale okazało się, że atmosfera w szkole była luźniejsza niż na próbnych, więc nawet "Potop", o którego niepojawienie się modliłam, nie przeraził mnie aż tak bardzo, bo cała klasa ryknęła śmiechem po otwarciu arkusza ;).
    Życzę oczywiście powodzenia na poniedziałkowej biologii :). Sama jestem ciekawa, co w tym roku pojawi się w arkuszu. Mnie czeka natomiast bój z chemią w piątek - szczerze mówiąc nie mogę już na nią patrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jakoś nigdy nie stresowałam się egzaminami - zawsze coś tam wiedziałam i umiałam w okół tego budować całą wypowiedź i smykałam się do przodu na całkiem niezłych wynikach :P Raz się żyje, najwyżej się poprawi :P

    OdpowiedzUsuń

Jedyną zasadą komentowania - motto bloga.
'Piszesz? Pomyśl.'
puszyslawa@gmail.com